S01E02: Szepty z Głębin – Tajemnica Rzeki Shala i Jeziora Koman
Van podskakiwał na nierównościach, a solidna, grafitowa walizka transportowa Peli, leżąca na pustym siedzeniu pasażera, wibrowała miarowo. Mateo Moretti, prowadząc, trzymał jedną rękę na kierownicy, a drugą instynktownie opierał na twardej, polimerowej obudowie skrzyni. Każde uderzenie o zawieszenie przenosiło się przez jego dłoń. Silnik wył żałośnie na stromych podjazdach, protestując przeciwko każdemu metrowi wzniesienia na drodze ze Szkodry do Koman. Był wczesny ranek, a zimne, wilgotne powietrze Alp Albańskich wciskało się przez każdą nieszczelność wozu, niosąc ze sobą ostry zapach mokrej ziemi, sosen i czegoś mineralnego, jak kruszony kamień.
Zignorował dyskomfort. Skupił się na dotyku walizki. W środku, w idealnie wyciętej piance, spoczywała jego przenośna echosonda. Jego narzędzie. Jego odpowiedź. Miał ją przy sobie, jak żołnierz trzymający karabin. To była jego tarcza przeciwko chaosowi, który przeżyli w Szkodrze.
Oparł głowę o zimny zagłówek, czując na karku każdą wibrację. Przymknął oczy. Zamek Rozafa był... anomalią. Porażką. Czymś, czego jego czujniki nie potrafiły uchwycić w uporządkowany sposób. Wilgoć, gęstość starożytnych murów, interferencje magnetyczne – to były logiczne wymówki, które podał w raporcie dla Jacka. Ale prawda była taka, że jego sprzęt zawiódł w obliczu czegoś, co wykraczało poza jego parametry operacyjne. Coś, co zareagowało nie na częstotliwości, ale na czyste emocje. Na furię Jacka, na panikę kobiet.
A jednak dostali trop. Konkret. Słowo, które z nagrania wyłowiła Barbara Ivanović, dzięki swojej niesamowitej zdolności do rozpoznawania fonetyki. *Kallkane*. Potwór.
Jego palce bezwiednie bębniły o twardy plastik walizki. Echo ze Szkodry to była histeria, psychiczna pozostałość, anomalia. Nie do zmierzenia. Ale 'Kallkane'? To przynajmniej biologia. Kryptydy. Coś dużego, co żyje, pływa i co da się zmierzyć. Coś, co moja echosonda zobaczy, namierzy i sklasyfikuje. To jest fizyka, nie metafizyka. To jest problem do rozwiązania. Obiekt, który można śledzić, ma masę, wyporność i zostawia ślad. Coś, co można zamknąć w ramach danych.
Uniósł wzrok i spojrzał we wsteczne lusterko. W rzędzie za nim, wciśnięta w kąt, spała Jasmin. Jej platynowe włosy opadały na twarz, a usta miała lekko otwarte. Nawet we śnie wyglądała jak ucieleśnienie chaosu, zwinięta w nienaturalnej pozycji, z nogami podciągniętymi pod brodę, jakby próbowała zająć jak najmniej miejsca. Poruszyła się niespokojnie, mrucząc coś przez sen po portugalsku. Obok niej, Barbara siedziała sztywno jak struna, kurczowo ściskając swój notatnik, udając, że czyta w słabym świetle poranka. Nie odzywała się, odkąd wsiedli do vana.
Mateo westchnął, a jego spojrzenie znów powędrowało na śpiącą Jasmin. ...w przeciwieńswie do niej. Jej chaos jest trudniejszy do zmierzenia. Nie da się jej zamknąć w walizce. Nieprzewidywalna. Niestabilna. A jednak... to ona usłyszała to imię, kiedy mój sprzęt nagrał tylko szum.
Poczuł znajome ukłucie irytacji zmieszanej z... czymś innym. Czymś, czego jego umysł nie potrafił skatalogować. Instynktem opiekuńczym. Potrząsnął głową, odwracając wzrok z powrotem na walizkę obok.
W drugim vanie, który jechał za nimi – słyszał go czasem na ostrzejszych zakrętach – była reszta. Jack, Emilia i Olivia. Keller celowo ich rozdzielił. Stwierdził, że tak jest "bezpieczniej logistycznie" w razie osunięcia się ziemi na tej wąskiej drodze. Mateo wiedział, że to bzdura. Jack ich testował. Obserwował, jak działają w izolacji. A jemu przypadła w udziale opieka nad "aktywami paranormalnymi" – Jasmin i sparaliżowaną strachem Barbarą.
Van gwałtownie podskoczył na wyboju, którego Mateo nie zauważył. Z tyłu rozległ się stłumiony pisk Barbary. Jasmin obudziła się gwałtownie, mrugając zdezorientowana.
— Jasna cholera, Matti! – zawołała, przecierając oczy. Jej głos był ochrypły od snu. – Gdzie my jesteśmy? W dupie u diabła?
— Prawie, Mała. – Mateo uśmiechnął się pod nosem, nie odwracając wzroku od drogi. – Jesteśmy w drodze do Koman. Polować na potwory.
— Super. – mruknęła Jasmin, opadając z powrotem na siedzenie. – Obudźcie mnie, jak znajdziecie Krakena.
Mateo pokręcił głową. Westchnął i włączył radio, by zagłuszyć ciszę. Czekała ich jeszcze długa droga.
Rejs po Jeziorze Koman: Spotkanie z Kapitanem Besnikiem
Po ponad dwóch i pół godzinach jazdy przez surowy, niemal księżycowy krajobraz, dotarli do miejsca, które wyglądało jak koniec świata. Terminal promu Koman był niczym więcej jak betonową raną wciśniętą w gardziel potężnego kanionu. Skaliste, nagie ściany, pokryte skąpą, ciernistą zielenią, pięły się pionowo w górę, niemal zasłaniając niebo. Powietrze było tu zimne, ciężkie i nieruchome. Woda w jeziorze miała nienaturalny, głęboko szmaragdowy kolor, tak ciemny i gęsty, że wydawał się czarny.
Jezioro Koman nie było jeziorem w tradycyjnym sensie. Było zalewem, sztucznym zbiornikiem utworzonym przez przegrodzenie rzeki Drin w czasach komunistycznej manii budowania zapór. Ale wrażenie, jakie robiło, było pierwotne i niepokojące. Było ciche. Złowrogo ciche. Dźwięk silników vanów odbił się stłumionym echem od skał, a potem natychmiast zgasł, pożarty przez gęstą mgłę unoszącą się nisko nad wodą.
Nawet Jasmin, wysiadając z samochodu, zamilkła. Stanęła na krawędzi betonowego nabrzeża, wciągając powietrze. Owinęła się ciaśniej ramionami, rozglądając nerwowo. Jej zwykła, żywiołowa energia zgasła, zastąpiona przez napiętą czujność. – To miejsce... – szepnęła. – Ono jest... pełne. Pełne wspomnień.
Jack i Emilia wysiedli z drugiego vana. Emilia natychmiast podeszła do krawędzi wody, jej wzrok przesuwał się po linii brzegowej, oceniając. Jack skanował otoczenie, jego dłoń bezwiednie powędrowała do miejsca, gdzie pod kurtką nosił kaburę. Olivia Serrano wysiadła jako ostatnia, jej obcasy stuknęły absurdalnie głośno na betonie. Rozejrzała się z lekkim niesmakiem.
Ich kontakt, Kapitan Besnik, czekał na nich przy małej, zdezelowanej łodzi rybackiej, która kołysała się przy pomoście. Był starszym mężczyzną o twarzy pooranej zmarszczkami jak mapa kanionów wokół nich. Jego oczy, niegdyś pewnie błękitne, teraz były wyblakłe, przekrwione i niespokojne. Nerwowo skręcał papierosa z szorstkiego tytoniu, jego palce były żółte od nikotyny.
— A.E.G.I.S.? – mruknął, gdy podeszli. Nie podał ręki. Zamiast tego splunął do wody, tuż obok łodzi. – Spóźniliście się. Słońce zaraz zacznie zachodzić. Po zmroku nie pływam.
— Mamy jeszcze kilka godzin światła. Chcemy tylko zrobić wstępny rekonesans. Sprawdzić odczyty. – powiedział Jack swoim neutralnym, dowódczym tonem.
Besnik spojrzał na niego z mieszaniną litości i pogardy. — Rekonesans. – Prychnął, zaciągając się mocno papierosem. Dym zniknął natychmiast w wilgotnym powietrzu. – Wy, ludzie z miasta, nic nie rozumiecie. Myślicie, że to jest jezioro turystyczne? Że to wycieczka?
Emilia przejęła inicjatywę. Podeszła bliżej, stając między Besnikiem a Jackiem. — Panie Besnik, rozumiemy pańskie obawy. Nasz łącznik, pan Leka, wyjaśnił nam, że jest pan najlepszym przewodnikiem na tym jeziorze. Jesteśmy tu, by zbadać legendę o Kallkane. Ale żeby to zrobić, musimy zrozumieć to miejsce. Wiele osób nazywa rejs po Jeziorze Koman jednym z najpiękniejszych na świecie.
Twarz Besnika lekko złagodniała na dźwięk komplementu. Spojrzał na Emilię, oceniająco.
— Pięknym? Tak. Ale i zdradliwym. – Oparł się o reling łodzi. – Słuchajcie, Pani Historyk. To nie jest zwykła woda. To, co nazywacie Jeziorem Koman, to tak naprawdę zalany kanion rzeki Drin. To system trzech zapór wodnych, arcydzieło inżynierii z czasów Envera Hodży. Kiedy budowali tamę w Koman w latach 80., zalali wszystko. Wioski, cerkwie, cmentarze. To, po czym będziemy pływać, to grobowiec.
— Właśnie dlatego rejs po Jeziorze Koman jest tak spektakularny – podjęła Emilia, otwierając notatnik i dając znak Besnikowi, by kontynuował. Zmieniła taktykę – zamiast konfrontacji, zachęcała go do opowieści.
— To prawda. – Besnik skinął głową, czując się doceniony. – Płynie się ponad dwiema godzinami z Koman do Fierzy. To jak wpłynąć do wnętrza góry. Kanion ma miejscami 400 metrów głębokości, a woda pod nami... kilkadziesiąt, czasem sto metrów. Jest zimna jak lód, nawet w lecie. To nie jest miejsce do pływania. To albański fiord, jak mówią turyści. Ale fiordy nie mają na dnie kościołów, które dzwonią.
— Słyszeliśmy o Kallkane – wtrącił Mateo, stawiając swoją walizkę na pomoście. Dźwięk był nienaturalnie głośny w panującej ciszy. – Chcemy sprawdzić, czy to nie jest po prostu... duża ryba.
Na dźwięk tego imienia, twarz Besnika stężała. Schwycił amulet wiszący na jego szyi – ząb, albo pazur, poczerniały ze starości. To nie jest tylko 'Kallkane'. To nie jest ryba. To jest On. Ten, który mieszka w mule. Ten, który bierze. – Jego spojrzenie stało się mętne, jakby patrzył przez nich, na coś w wodzie. Wziął łódź mojego brata. Trzy tygodnie temu. Znalazłem tylko wiosło... i dzwon.
— Dzwon? – zapytała cicho Barbara, po raz pierwszy się odzywając.
— Tak, Pani. Stary dzwon kościelny. – Besnik wskazał na środek jeziora, gdzie kanion zwężał się najbardziej. – Tam, gdzie woda jest najgłębsza, jest zatopiona wioska. I kościół. Zanim komuniści zbudowali tamę. Czasem, gdy On jest głodny... dzwony znów biją. Mój brat popłynął to sprawdzić. I już nie wrócił. A teraz wy chcecie tam płynąć. Z tymi... pudełkami.
— Dokładnie tak. – Jack rzucił torbę ze sprzętem na pokład łodzi. Zabrzmiało to jak rozkaz. – Płaci panu Leka. Płynie pan z nami albo bierzemy łódź sami.
Besnik spojrzał na Jacka, potem na Emilię, a na końcu na Jasmin, która wpatrywała się w wodę z otwartymi ustami, jakby czegoś słuchała. Westchnął ciężko, gasząc papierosa na deskach pomostu.
— Dobrze. Ale przed zmrokiem wracamy. – warknął. – I jeśli usłyszycie dzwony... módlcie się do swojego boga. Bo mój tutaj nie słucha.
Weszli na pokład. Łódź zaterkotała i powoli odbiła od brzegu, wpływając w gęstą, szmaragdową ciszę.
Pierwszy Skan: Zatopione Ruiny Koman i Anomalia
Płynęli w milczeniu przez dwadzieścia minut. Dźwięk starego silnika diesla był jedynym, co mąciło ciszę. Kanion zwężał się, a pionowe ściany zdawały się wisieć tuż nad ich głowami. Słońce, nawet w południe, ledwo tu docierało.
— Tutaj. – Besnik zwolnił silnik, aż łódź niemal stanęła w miejscu. – To tutaj zniknął mój brat. Dno jest... blisko.
Mateo natychmiast zaczął działać. Otworzył swoją walizkę i z chirurgiczną precyzją zaczął montować echosondę. Przetwornik zamocował na wysięgniku z boku łodzi i opuścił go do wody. Ekran laptopa ożył, pokazując najpierw czarną pustkę, a potem, gdy sprzęt się skalibrował, dno. Było nierówne, poszarpane.
— Jack, spójrz na to. – mruknął Mateo. Jack nachylił się nad ekranem. – Dno jest na osiemdziesięciu metrach. Ale tu... na siedemdziesięciu... jest anomalia. Coś, co nie jest skałą. Wygląda jak... struktura.
Emilia podeszła bliżej, patrząc na sonar. — Zatopione ruiny. Besnik, czy to ten kościół?
Besnik skinął głową, nie patrząc na ekran. Wpatrywał się w wodę. — Tak. Stara cerkiew. Mówią, że dzwonnica wciąż stoi.
Emilia włączyła swój rejestrator. — Jack, to ma sens. Jeśli legenda o dzwonach jest prawdziwa, to nie musi być zjawisko paranormalne. Prądy denne. Woda w takim przewężeniu może powodować rezonans w zatopionej strukturze, poruszając starym dzwonem. To by wyjaśniało dźwięki.
— To bardzo... logiczne, Pani Doktor. – wtrąciła cicho Olivia Serrano. Jej głos był ledwo słyszalny ponad warkotem silnika, ale idealnie ciął atmosferę. Siedziała z tyłu łodzi, obserwując Emilię z lekkim, drwiącym uśmiechem. – Ale ta elegancka, naukowa teoria nie wyjaśnia, co stało się z łodzią jego brata. Czy rezonans zatapia też statki?
Emilia zignorowała ją, skupiając się na danych. Zwróciła się do Jacka. — Musimy to zbadać. Te zatopione ruiny Koman to klucz. Nie są tak stare jak Rozafa, ale są starsze niż tama. To historia na historii. Archeologia pod wodą.
— Wiem, co to jest. – szepnęła Barbara, która blada wpatrywała się w ciemną wodę. – Czytałam o tym w archiwach w Tiranie. To nie była tylko wioska. To była średniowieczna osada handlowa. Kiedy budowano tamę, nikt nie przejmował się dziedzictwem. Po prostu je zalali.
— Właśnie. – Emilia skinęła głową, wdzięczna Barbarze za wsparcie. – Jack, jeśli tam jest dzwonnica, to mamy do czynienia z klasycznym echem uwięzionym w obiekcie. Ale potrzebujemy obrazu.
— Mateo? – rzucił krótko Jack.
— Już się robi. – Mateo otworzył drugą walizkę, wyjmując małą, cylindryczną kamerę inspekcyjną na długim, wzmacnianym kablu. Wyposażona była we własne oświetlenie LED. – Zejdę tam. Zobaczę, co tam siedzi.
Powoli opuścił kamerę do lodowatej wody. Na jego laptopie pojawił się obraz.
Zielonkawa poświata przebijała się przez mrok. Woda była pełna zawiesiny, ale gdy kamera zeszła głębiej, stała się bardziej przejrzysta. Metr po metrze, kabel rozwijał się ze szpuli.
— Pięćdziesiąt metrów... sześćdziesiąt... widoczność spada... – mruczał Mateo. – Czekajcie... mam coś. Struktura. Zdecydowanie kamień. To... tak, to jest krzyż. Jesteśmy nad dachem. To dzwonnica.
Na ekranie zamajaczył niewyraźny kształt kamiennego krzyża, pokrytego grubą warstwą mułu i glonów. Wszyscy wpatrywali się w monitor jak zahipnotyzowani.
— Spróbuję zajrzeć do środka... przez otwór dzwonnicy... – Mateo delikatnie manewrował kablem.
Gniew Jeziora Koman: Uderzenie Burzy
Pierwsze uderzenie nie było dźwiękiem, lecz nagłym spadkiem ciśnienia. Emilia poczuła bolesny ucisk w zatokach, jakby ktoś wyssał powietrze z kanionu. W tej samej chwili włosy na karku Mateo stanęły dęba. Sekundę później łódź zakołysała się gwałtownie pod ich stopami, rzucając wszystkich na burty.
— Co jest?! – krzyknął Mateo, tracąc równowagę i niemal wypuszczając szpulę z kablem.
Odpowiedział mu ryk. Z góry kanionu, jakby z samego nieba, runął na nich niski, gardłowy warkot wiatru. To nie był podmuch. To była fizyczna ściana. Zimny, alpejski wiatr uderzył w nich ścianą lodowatego deszczu, który w jednej chwili przemoczył ich do suchej kości. Gładka, szmaragdowa tafla jeziora zniknęła, zastąpiona przez wzburzone, czarne morze, pokryte białymi grzywami wściekłych fal.
— Cholera! – krzyknął Jack, łapiąc chwiejącą się Emilię. – Wracamy! Natychmiast! Besnik!
— Mówiłem! On się obudził! Obudziliście go! – Głos Besnika był piskliwy z przerażenia. Walczył ze sterem, próbując obrócić łódź, która niebezpiecznie się przechylała. – Nie płyniemy! Wracamy!
Wiatr wył między skałami, a widoczność spadła do zera. Łódź zatańczyła na fali, a Emilia straciła równowagę, wpadając na Olivię. Obie upadły na mokre deski pokładu. Jasmin krzyknęła, gdy fala przelała się przez burtę, zalewając jej nogi lodowatą wodą.
— Mateo! Zwijaj sprzęt! Teraz! – ryknął Jack, próbując pomóc Emilii wstać. Jego dłoń zacisnęła się na jej ramieniu jak stalowy imak.
— Próbuję! Kabel się zablokował! – odkrzyknął Mateo, walcząc ze szpulą. Kamera musiała o coś zaczepić na dnie. – Nie puszcza!
— Zostaw to! Tnij kabel! – rozkazał Jack.
— Nie! To sprzęt warty sto tysięcy! Muszę... – zaczął Mateo, ale kolejna fala uderzyła w burtę, niemal ich przewracając. Barbara krzyknęła, wpadając na niego.
— Do diabła ze sprzętem, Moretti! Tnij! – głos Jacka nie znosił sprzeciwu.
Mateo zaklął po włosku, sięgnął do buta po nóż survivalowy i jednym, płynnym ruchem przeciął gruby, wzmacniany kabel. Kamera z oświetleniem zniknęła w głębinie.
Besnik w końcu obrócił łódź i dał pełną moc. Stary diesel zaryczał, walcząc z falami. Powoli, z trudem, zaczęli wracać w stronę ledwo widocznej przystani. Wszyscy byli przemoczeni do suchej nitki i trzęśli się z zimna.
Pułapka w Koman: Noc w Ciasnym Pensjonacie
Ledwo dobili do przystani. Terminal promowy był teraz odcięty od świata. Ulewa była tak gwałtowna, że wąska droga, którą przyjechali, zamieniła się w błotnisty, rwący potok. Chwilę później rozległ się głośny trzask, a generator diesla, który zasilał terminal, zamilkł. Zgasło jedyne światło, pogrążając mały, przylegający do terminalu pensjonat w absolutnej ciemności.
— Cudownie. Po prostu kurwa cudownie. – warknął Jack, patrząc na ścianę deszczu. – Jesteśmy uwięzieni. Mateo, co z zasilaniem awaryjnym?
— Właściciel mówi, że agregat zalało. Jesteśmy zdani na latarki i to, co mamy w vanach. A ja nie wyjdę po sprzęt w tę powódź. Wszystko pływa – odpowiedział Mateo, zamykając drzwi wspólnego pokoju, w którym się zebrali. Pomieszczenie było małe, klaustrofobiczne, pachniało wilgotną wełną, stęchlizną i dymem z kominka, który ledwo się tlił, nie dając prawie żadnego ciepła.
Napięcie rosło z każdą minutą. Byli mokrzy, głodni, zmarznięci i skazani na siebie w zbyt małej przestrzeni. Emilia próbowała otworzyć laptopa, by pracować na baterii, ale jej palce były zbyt zgrabiałe z zimna. Osuszyła dłonie o spodnie i spróbowała ponownie, z irytacją patrząc na migający kursor.
Barbara kuliła się w kącie, owinięta kocem, próbując czytać przy świetle latarki czołowej. Drżała tak mocno, że plama światła skakała po stronach. Jack stał przy oknie, obserwując burzę. Jego sylwetka była napięta. Ciszę przerywało tylko bębnienie deszczu o blaszany dach i wycie wiatru w kanionie.
Wtem rozległ się głośny brzęk szkła. Wszyscy drgnęli. Jack instynktownie obrócił się w stronę dźwięku, jego ręka powędrowała pod kurtkę.
— Skoro już gnijemy tu jak szczury w norze, to przynajmniej zróbmy to ze stylem! – Głos Jasmin był nienaturalnie wesoły. Postawiła na chybotliwym stole dużą, nienaklejoną butelkę z przezroczystym płynem i sześć małych, niedopasowanych kieliszków. – Rakija! Prezent od właściciela za to, że "przynieśliśmy burzę". Stwierdził, że i tak nie zaśniemy.
— Bissett, nie teraz. Jesteśmy na misji – zaczął Jack, nie odwracając się od okna.
— O, właśnie, że teraz, Szefie! – Jasmin bezceremonialnie nalała płynu do kieliszków. Zapach był ostry, owocowy, jakby ktoś destylował sam ogień. – Jesteśmy rodziną, nie? A rodzina pije razem! Chluśniem, bo uśniem! Jesteśmy uwięzieni. Co mamy robić? Gapić się na deszcz?
Podała pierwszy kieliszek Jackowi. Zanim zdążył zaprotestować, podała drugi Emilii. Ku zdziwieniu wszystkich, Emilia wzięła go. Potrzebowała czegoś, by zmyć smak porażki ze Szkodry. Czegoś, by zagłuszyć narastającą irytację na Olivię. Czegoś, co rozgrzeje ją od środka.
Nocna Rakija i Albańskie Legendy: Gra Cieni
Olivia Serrano uśmiechnęła się, biorąc swój kieliszek. Podeszła do Jacka, który wciąż stał przy oknie. Stanęła tuż obok niego, bliżej niż wymagała tego uprzejmość. Emilia natychmiast to zauważyła. Zmarszczyła brwi. Olivia naruszała jego przestrzeń, a on na to pozwalał.
— Wiesz, że twoje oczy, gdy się złościsz, nie są zimne? – Głos Olivii był cichy, lekko ochrypły, niemal szeptem, słyszalny tylko dla niego. Jej perfumy, mieszanka ambry i wanilii, walczyły z zapachem stęchlizny w pokoju. – Robią się ciemne jak lód na głębokim jeziorze. Zastanawiam się, co jest pod spodem.
Jack nie drgnął, ale Emilia widziała, jak jego dłoń na parapecie zaciska się mocniej. Widziała grę. I widziała, że on jej nie przerywa.
Emilia poczuła uderzenie gorąca, które nie miało nic wspólnego z raki. To było tak jawne, tak podręcznikowe. Ona gra. Ona go uwodzi. Obniżyła ton głosu, naruszyła jego przestrzeń, używa intymnej obserwacji. To... to jest obrzydliwe. A on? On jej na to pozwala. Stoi tam. Nie odsuwa się. Patrzy na nią... Nie, on patrzy na burzę. Ale słucha.
Nienawidziła jej. Nienawidziła Jacka za to, że tego nie widzi. I nienawidziła siebie za to, że ją to obeszło. Musiała coś zrobić.
Wypiła raki jednym, gwałtownym haustem. Płyn wypalił jej gardło. Kaszlnęła, czując łzy w oczach. Musiała odzyskać pole. Musiała pokazać, że jest tu ważniejsza rozmowa niż ten tani flirt. Musiała pokazać Jackowi, że ona pracuje, podczas gdy inni grają w gierki.
— Mateo! – jej głos był nieco zbyt głośny. Podeszła do Włocha, który z rezygnacją nalewał sobie drugą kolejkę. – Porozmawiajmy o sprzęcie. Twój sonar. Jaką ma częstotliwość? Musimy ustalić, czy będziemy w stanie penetrować warstwy termiczne jeziora, jeśli Kallkane to... – urwała, szukając słowa. – Jeśli jest zmiennocieplny.
Mateo spojrzał na nią zaskoczony. Była pijana? Nie, tylko... roztrzęsiona. Ale temat podchwycił. Był w swoim żywiole. — Zmiennocieplny? Pani Profesor, to nie jest zły trop. Jeśli to gigantyczny sum, jak sugeruje folklor, będzie trzymał się dna. Używam systemu CHIRP, który wysyła ciągłą serię częstotliwości. To daje nam znacznie lepszą rozdzielczość celu niż...
Emilia skinęła głową, skupiona, próbując wciągnąć go w dyskusję. Jasmin, widząc, że traci uwagę Mateo, podeszła do Barbary. — Chodź, Basiu, napij się. Musisz się rozluźnić, Kruszynko. Jesteś spięta jak... jak ta twoja książka.
— Nie, dziękuję, Jasmin, ja... – zaczęła Barbara, ale Jasmin już wcisnęła jej kieliszek do ręki.
Olivia odwróciła się od Jacka, a jej ciemne oczy błysnęły rozbawieniem. Podeszła do Emilii, kręcąc kieliszkiem w dłoni. — Nasza Królowa jest trochę spięta. Może powinna się napić? Wiesz, Jack... – rzuciła przez ramię do dowódcy – presja potrafi łamać najlepszych.
— Doktor Serrano, jesteśmy tu do pracy, a nie na wakacje. Proponuję przejrzeć mapy – odpowiedziała lodowato Emilia, czując, jak alkohol niebezpiecznie miesza się z jej furią.
— Oh, Mamuśka! Mapy nie uciekną! – Jasmin, już wyraźnie wstawiona, objęła Emilię ramieniem. – Chluśniem, bo uśniem! Masz, napij się z Pixie!
Emilia strąciła jej rękę, niemal rozlewając trunek. — Nie dotykaj mnie!
W pokoju zaległa cisza. Jasmin cofnęła się, jakby uderzona, jej twarz nagle straciła cały humor. W tym samym momencie telefon Emilii, leżący na stole, zawibrował. Spojrzała na ekran. Arben Leka. Idealne wyjście.
— Przepraszam. Sprawy służbowe. – Wstała i wyszła na korytarz, by odebrać, rzucając Olivii spojrzenie pełne nienawiści.
Gdy tylko zamknęła drzwi, Jack odwrócił się od okna. Jego twarz była jak z lodu. Spojrzał na Olivię.
— Doktor Serrano. Proszę trzymać swoje analizy dla siebie, dopóki o nie nie poproszę.
Potem spojrzał na Jasmin. — Bissett. Koniec z piciem. Wszyscy spać. O świcie wracamy na wodę.
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, wyszedł z pokoju.
W tym chaosie Emilia, rozmawiając na korytarzu, nieświadomie oparła się o ścianę. Jej palce szukały oparcia. Wcisnęła się w rozmowę z Arbenem, a jej myśli wirowały wokół Jacka i Olivii. Czuła się osaczona. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie warto po prostu spakować walizek i uciec. Czuła, że badanie tych miejsc to tylko pretekst, by pozwiedzać ukryte perełki Bałkanów, a nie prowadzić poważne badania. Ten chaos był nie do zniesienia.
Cienie nocy nad Jeziorem Koman: Oczekiwanie na Potwora
Noc była długa. Burza w końcu osłabła, pozostawiając po sobie tylko miarowe kapanie wody z dachu i niepokojącą ciszę jeziora.
Mateo Moretti stał przy oknie w swoim małym pokoju, wpatrując się w ciemność. Deszcz smagał szybę z siłą drobnego gradu. Otworzył okno na centymetr, wpuszczając do środka zapach mokrej skały i ozonu. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Jutro, gdy tylko burza ucichnie, zwodują łódź. Echosonda była gotowa. Ale co, jeśli znów zawiedzie? Co, jeśli to, co jest na dole, nie jest "biologiczne"?
Przetarł twarz. To nie sprzęt go martwił. To Jasmin. Sposób, w jaki krzyczała przy tym murze w Szkodrze... to nie było udawane. I sposób, w jaki teraz spała w pokoju obok, wyczerpana po ataku i alkoholu. A może nie spała? Słyszał ją przez cienką ścianę, jak niespokojnie rzuca się na łóżku. Jak cicho pociąga nosem.
Jej chaos... jest jak ta burza. Nieprzewidywalny, potężny i destrukcyjny. A ja próbuję go zmierzyć moimi kablami. Idiota.
Zastanawiał się, czy jego chęć ochrony jej nie jest przypadkiem tylko inną formą naukowego problemu, którego nie potrafił rozwiązać. Czuł się odpowiedzialny za tę jej kruchą, iskrzącą energię. Musiał znaleźć logiczne wytłumaczenie, zanim ten chaos ją pożre.
Wstał i podszedł do ściany. Zawahał się, po czym cicho zapukał knykciem.
Ruch w pokoju obok natychmiast ustał. Cisza.
— Jasmin? Wszystko gra? – zapytał cicho po włosku, wiedząc, że nie zrozumie, ale licząc na ton głosu.
Usłyszał szuranie. — Nie śpię, Techu – odpowiedziała po angielsku, jej głos był stłumiony i pozbawiony zwykłej energii. – Po prostu... za głośno tu.
Mateo zmarszczył brwi. — Ale... jest burza, nic nie słychać oprócz deszczu.
— Właśnie. – Jej głos był teraz tuż przy ścianie, tak jak jego. – Słyszę jezioro. Woła. Mówi, że jest głodne.
Mateo oparł czoło o zimną ścianę. Zamknął oczy. Musi być jakieś wytłumaczenie. — To tylko wiatr w kanionie, Mała. Stworzył efekt rezonansu w szczelinach skalnych.
— Ta... jasne. Rezonans. – Usłyszał, jak odchodzi od ściany. – Dobranoc, Matti.
Westchnął i wrócił do swojego okna. Wiedział, że jutro musi znaleźć *cokolwiek* namacalnego, zanim ona całkowicie odpłynie.
* * *
W pokoju obok Emilia zakończyła rozmowę z Arbenem i stała w ciemności. Telefon wciąż był ciepły w jej dłoni. Czuła się upokorzona. Przez Jasmin, która zniszczyła jej odprawę. Przez Olivię, która tak łatwo wytrąciła ją z równowagi. I przez Jacka, który na to wszystko pozwolił, a potem potraktował ją jak dziecko.
— Tak, panie Leka. Dziękuję. Jesteśmy uwięzieni w pensjonacie – mówiła wcześniej do telefonu, starając się, by jej głos brzmiał neutralnie.
— Proszę, mów mi Arben. Cieszę się, że nic ci nie jest. Szkodra potrafi być niebezpieczna. A Koman... Koman to co innego. Uważajcie na siebie. Szczególnie ty, Emilio. Masz umysł, który przyciąga... stare rzeczy. Dobranoc. – Rozłączył się.
Emilia opuściła telefon. "Przyciąga stare rzeczy". Poczuła dziwny dreszcz. Był inteligentny, komplementował ją, martwił się. A jednak... coś w jego głosie sprawiło, że poczuła się bardziej samotna niż przedtem. W pokoju obok znowu rozległ się stłumiony szloch Jasmin. Emilia zacisnęła pięści. Miała dość. Miała dość chaosu, miała dość psychologicznych gierek Olivii i miała dość tego zimnego, zamkniętego dowódcy. Podeszła do walizki i wyjęła swój prywatny laptop. Czas popracować nad prawdziwą historią.
* * *
W swoim pokoju, Jack Keller nie spał. Stał przy oknie, tak jak Mateo, ale nie patrzył na burzę. Patrzył na odbicie pokoju w czarnej szybie. Jego srebrna moneta obracała się miarowo między knykciami. Klik. Klik. Klik. Rytmiczny, metaliczny dźwięk uspokajał chaos w jego głowie.
Pierwsza misja i już wszystko poszło źle. Utrata zimnej krwi w Szkodrze. Teraz uwięzieni przez pogodę. Zespół był niestabilny. Jasmin była tykającą bombą. Emilia... pękła. Widział to. Widział ten ułamek sekundy czystego terroru w jej oczach, zanim zatrzasnęła z powrotem swoją maskę. A on zareagował. Zareagował instynktownie, łamiąc własne zasady, by ją chronić.
A potem była Olivia. "Zastanawiam się, co jest pod spodem". Rozpoznał tę taktykę. Widział ją już wcześniej, w Kandaharze, tuż zanim agentka wbiła mu igłę w kark. Serrano była niebezpieczna. Ale nie w ten sam sposób co potwór w jeziorze. Ona była zagrożeniem, które znał. I które obserwował.
Moneta zatrzymała się w jego dłoni. Zacisnął ją mocno. Otworzył swój tablet, przeglądając mapy topograficzne regionu. To nie były mapy turystyczne. Patrzył na głębokości, prądy, na to, jak rzeki łączyły się, tworząc ten zalew. Ten region był starożytny. Pamiętał raporty z czasów "Feniksa". To, co tu robili, nie było zwykłym polowaniem na duchy. To było coś starszego. Coś, co sięgało czasów, gdy na tych terenach żyły starożytne iliryjskie plemiona, które składały ofiary rzeczom w wodzie.
Spojrzał na zacinający deszcz. Jutro, gdy tylko wstanie słońce, znajdą tego "potwora". I albo go zmierzą, albo go zabiją. Porządek musiał wrócić na swoje miejsce.
Rzeka Shala: Albańska Tajlandia w sercu Alp
Świt obudził ich brutalnie. Zimne, szare światło ledwo przebijało się przez gęste chmury, które wciąż wisiały nisko w kanionie. Burza ustała, ale powietrze było ciężkie i wilgotne, a echo nocnego wycia wiatru wciąż zdawało się tkwić w uszach. Wszyscy byli niewyspani, poirytowani i obolali od spania w ciasnych, wilgotnych pokojach. Wspólne śniadanie – składające się z czerstwego chleba, słonego sera i gorzkiej kawy – zjedli w milczeniu. Jack był napięty, Emilia unikała jego wzroku, Olivia obserwowała wszystkich z ledwo skrywanym rozbawieniem, a Jasmin była nienaturalnie cicha, wpatrując się w swój pusty kubek.
— Dobra. Zmiana planu. – Głos Jacka uciął ciszę. Wszyscy na niego spojrzeli. – Mateo, twój sprzęt jest bezużyteczny, dopóki nie będziemy mieli stabilnego zasilania i lepszej pogody. Nie będziemy tu siedzieć i czekać. Besnik! – krzyknął w stronę kuchni.
Stary rybak wszedł, wycierając ręce w brudną ścierkę. Jego twarz była jeszcze bardziej szara niż wczoraj.
— Płyniemy – oznajmił Jack. – Ale nie do dzwonnicy. Płyniemy na Rzekę Shala.
Besnik zmarszczył brwi. — Shala? Teraz? Po burzy? Woda będzie szybka.
— Chcę zobaczyć, co jest na końcu tego jeziora. Zobaczyć, skąd wypływa – powiedział Jack. – Zespół naukowy zbada teren. My z Mateo ocenimy logistykę ewentualnej bazy wysuniętej. Ruszamy za dziesięć minut.
Emilia uniosła brew. To była dobra decyzja taktyczna. Przeniesienie uwagi, zebranie danych środowiskowych. Skinęła głową na znak akceptacji. Przynajmniej wracali do pracy.
Łódź Besnika tym razem płynęła stabilniej. Woda wciąż była wzburzona, ale deszcz ustał. Przez ponad godzinę płynęli przez wąski, przypominający fiord kanion Jeziora Koman. Wysokie na setki metrów ściany skalne opadały pionowo do wody, tworząc krajobraz surowy, monumentalny i przytłaczający. Czuli się mali, zamknięci w tej starożytnej szczelinie.
W pewnym momencie kanion nagle się otworzył, a woda zmieniła kolor. Ciemny, niemal czarny szmaragd Jeziora Koman ustąpił miejsca czemuś niewiarygodnemu – oślepiająco turkusowej, krystalicznie czystej wodzie. Wpłynęli do ujścia Rzeki Shala.
— Ja cię kręcę... – szepnęła Jasmin, która po raz pierwszy tego dnia podniosła głowę. Jej oczy rozszerzyły się z zachwytu. – To... to jest prawdziwe?
Wpłynęli w inny świat. Ciszę przerywał tylko plusk wody i daleki śpiew ptaków. Woda była tak przezroczysta, że widzieli białe kamienie na dnie, wiele metrów pod nimi. Po obu stronach rzeki wznosiły się strome, zalesione zbocza, a małe, ukryte plaże lśniły białym żwirem. Słońce w końcu przebiło się przez chmury, zapalając wodę od środka, nadając jej rajski, niemal sztuczny blask.
— Niesamowite – mruknęła Emilia, wyjmując aparat. Nawet ona była pod wrażeniem. – Kontrast jest absolutny. Koman jest mroczne, ciężkie, pełne osadów. A to... to jest jak destylowane światło.
Jasmin podeszła do burty, wpatrując się w hipnotyzujący turkus. — To miejsce jest czyste. Mamuśka, patrz. Tu nie ma żadnych duchów. Żadnego echa. Tylko... spokój. I zimno. – Wsadziła rękę do wody i natychmiast ją wyjęła z piskiem. – I lodowate jak cholera!
Emilia uśmiechnęła się lekko, po raz pierwszy od wczoraj. Odwróciła się do Barbary, która również z zachwytem robiła notatki.
— To prawda, Jasmin. To miejsce jest niesamowite. Nic dziwnego, że nazywają je "albańską Tajlandią". – Emilia przełączyła się w tryb przewodnika, jej głos nabrał pewności siebie. Wiedza była jej terytorium. Przelotnie spojrzała na Jacka, który obserwował linię brzegową.
— Rzeka Shala, czyli Lumi i Shalës, to jedna z tych ukrytych perełek, o których mało kto wie. Jest zasilana bezpośrednio topniejącym śniegiem z serca Alp Albańskich, stąd ta niewiarygodna barwa i temperatura wody, która nawet w środku lata rzadko przekracza dziesięć stopni Celsjusza. Przez lata była niemal niedostępna, można było tu dotrzeć tylko pieszo, wielogodzinnym szlakiem przez góry. Dopiero rozwój turystyki na Jeziorze Koman otworzył ją dla łodzi. To wciąż jest dziki, surowy teren, idealny dla kogoś, kto chce zobaczyć, jak mogły wyglądać najczystsze pojezierza i rzeki Bałkanów przed interwencją człowieka. Nie ma tu dróg, nie ma hoteli. Tylko kilka prostych pensjonatów, które oferują jedzenie i nocleg. To czysta, surowa natura.
Besnik przybił do małej, kamienistej plaży. Zatrzymali się na krótki rekonesans. Jack i Mateo natychmiast zaczęli sprawdzać zbocze, oceniając potencjalne punkty obserwacyjne. Olivia... cóż, Olivia zdjęła buty i brodziła po kostki w lodowatej wodzie, a jej spódnica była niebezpiecznie krótka. Emilia odwróciła wzrok.
Jasmin podbiegła do Mateo, który pobierał próbki wody. — Hej, Techu, patrz! To jest życie! Żadnych potworów, żadnych wrzasków! Mogłabym tu zostać.
Mateo spojrzał na nią, potem na krystalicznie czystą wodę, a następnie na swój miernik. — Woda jest czysta. Prawie zero zanieczyszczeń. Ale jest lodowata. Cokolwiek żyje w Koman, na pewno nie przypływa tutaj na wakacje. Tu nie ma co jeść. To jest piękne, ale sterylne.
— Zawsze musisz zepsuć zabawę, co, Matti? – Jasmin prychnęła, ale jej uśmiech pozostał. Przez chwilę wyglądała na beztroską.
— Zespół! – Głos Jacka przerwał sielankę. Stał wyżej na zboczu. – Wracamy. Pięknie jest, ale to nie jest nasz cel. Znaleźliśmy ślady... czegoś. Dużego. Na brzegu jeziora, milę stąd. Wracamy na Koman. Polowanie zaczyna się wieczorem.
Kulminacja na Jeziorze Koman: Gdzie czai się Kallkane
Wieczór zastał ich z powrotem na wodzie. Ciemność w kanionie Jeziora Koman była inna niż w mieście. Gęsta, aksamitna i absolutna. Jedyne światła pochodziły z reflektorów na łodzi Besnika i ekranów laptopów Mateo. Poświęcili resztę dnia na naprawę agregatu w pensjonacie, naładowanie baterii i przygotowanie nowej, mniejszej kamery inspekcyjnej. Tym razem byli gotowi.
Wrócili nad zatopioną dzwonnicę. Atmosfera na łodzi była napięta jak stalowa lina. Każdy dźwięk – skrzypienie desek, plusk wody o kadłub – zdawał się nienaturalnie głośny. Besnik stał przy sterze, mrucząc modlitwy pod nosem.
— Dobra, Techu. Twoja scena. – mruknął Jack. – Tym razem bez strat w sprzęcie.
— Tak jest, Szefie. – Mateo był w pełnym skupieniu. Echosonda już pracowała, potwierdzając pozycję. Dzwonnica wciąż tam była, jak upiorny ząb wbity w dno. – Schodzę. Tym razem na lżejszym kablu. Jeśli coś go złapie, łatwiej go zerwiemy.
Mateo powoli opuścił drugą kamerę do lodowatej wody. Na jego laptopie ponownie pojawił się zielonkawy słup światła, przebijający się przez mrok. Woda była pełna zawiesiny po wczorajszej burzy, ale gdy kamera zeszła głębiej, stała się bardziej przejrzysta.
— Dobra, jestem na sześćdziesięciu metrach. Powinienem być tuż nad... tak. Mam ją. – Na ekranie pojawił się ten sam, upiorny kamienny krzyż, wystający z mułu. Był bliżej niż wczoraj. – Obraz jest czystszy. Wchodzę do środka dzwonnicy. Tak jak chciałem wczoraj... Czekaj. Coś jest... inaczej.
Emilia nachyliła się, jej akademicki umysł znów zaczął pracować. — Co inaczej?
— Kabel. Mój stary kabel. – Na ekranie, w świetle LED, zobaczyli gruby, przecięty kabel z wczorajszej kamery. Nie dryfował. Był owinięty ciasno wokół podstawy dzwonu, jakby ktoś go celowo tam uwiązał. – Zaczepił się. Ale... patrzcie na to.
Mateo obrócił kamerę. Na samym dzwonie, tuż pod warstwą glonów, coś błysnęło. Metal. Ale nie stary mosiądz dzwonu. Coś nowego, stalowego. Wyglądało jak... obręcz. Z wyrytymi... symbolami?
— Barbaro, spójrz na to – syknęła Emilia. Barbara przybliżyła się do ekranu, mrużąc oczy.
— To... to nie jest cyrylica. Wygląda jak... – zaczęła, ale przerwał jej ostry, wysoki pisk.
Sonar, który pracował cicho obok, wydał z siebie ogłuszający alarm. Mateo natychmiast spojrzał na drugi ekran. Obraz zamarł. Kilkanaście poziomych, czerwonych linii wypełniło monitor.
— Jack... mam ruch. Coś dużego. – Głos Mateo stracił swoją pewność. – Bardzo dużego. To nie jest jedna ryba, to... to jest ławica. Ale porusza się jak jeden obiekt. Zmierza... prosto na nas. Z głębin.
— Jak duże? – zapytał Jack, podnosząc noktowizor i kierując go na wodę.
— Dwanaście, może piętnaście metrów. To nie jest sum, to jest... to jest wielkości małej łodzi podwodnej.
— Mateo... – głos Jasmin zadrżał. Wpatrywała się w ciemną wodę obok łodzi, jej twarz była blada jak kreda. – Ono tu jest. Słyszę je. Woła... i jest wściekłe.
W tym momencie kabel kamery napiął się gwałtownie. Obraz na laptopie zatańczył, pokazując wirujący muł, a potem zgasł. Ekran zrobił się czarny.
— Straciłem sygnał! – krzyknął Mateo. – Złapało kamerę! Próbuję ją wyciągnąć!
Szarpnął mocno za kabel, próbując uwolnić sprzęt. Łódź zakołysała się niebezpiecznie.
— Nie ciągnij! – wrzasnął Besnik. – Obudziłeś go! Puść to!
Ale było za późno. Poczucli uderzenie. To nie był stukot. To był głuchy, potężny huk, jakby gigantyczny taran uderzył w kadłub łodzi od spodu. Drewno zatrzeszczało, a cała łódź uniosła się na wodzie i opadła z głośnym plaśnięciem. Woda wdarła się przez burty.
Barbara krzyknęła i upadła, ślizgając się na mokrym pokładzie. Emilia instynktownie złapała się masztu, jej twarz była blada jak kreda. Jasmin wpadła na Mateo, oboje runęli na stos sieci rybackich. Olivia Serrano, mimo chaosu, zdołała utrzymać równowagę, jej palce zacisnęły się na relingu, a oczy błyszczały z mieszaniny strachu i adrenaliny.
— Co to było, do diabła?! – ryknął Jack.
— On tu jest! Pod nami! Kallkane! – wrzeszczał Besnik, kręcąc się w kółko. – Zatopimy się! Tak jak mój brat!
Mateo podniósł się na nogi, odpychając spanikowaną Jasmin. Kabel od kamery wciąż był napięty jak struna, ciągnąc burtę łodzi w dół. – Jack! Cokolwiek to jest, ma moją kamerę! I ciągnie nas na dno!
Kolejne uderzenie. Tym razem jeszcze mocniejsze. Łódź przechyliła się gwałtownie, a skrzynki ze sprzętem zsunęły się w stronę burty. Barbara zjechała wprost na Emilię, obie wylądowały w kałuży lodowatej wody na dnie łodzi.
— Przetnij kabel! – wrzasnął Jack.
— Próbuję! – Mateo sięgnął do buta po nóż. W tym momencie łódź znów się zakołysała. Jasmin, próbując wstać, potknęła się o linę i poleciała w stronę otwartej burty.
Mateo nie zastanawiał się. Rzucił nóż, instynktownie skoczył w jej stronę i złapał ją w ostatniej chwili, tuż zanim wypadła za burtę. Przyciągnął ją do siebie, osłaniając własnym ciałem. W tym samym momencie Jack złapał Emilię za kurtkę i przyciągnął ją do siebie, jednocześnie łapiąc Barbarę za ramię, by nie zsunęła się do wody. Przez sekundę trwali w tym chaosie – Jack osłaniający dwie kobiety, Mateo trzymający Jasmin.
— Nóż! – krzyknął Mateo. Jack puścił Emilię i Barbarę, dopadł do noża leżącego na pokładzie i jednym, potężnym cięciem przeciął napięty kabel. Dźwięk pękającej liny był jak strzał z pistoletu. Łódź gwałtownie się wyprostowała, wyrzucając wszystkich na przeciwległą burtę.
Cisza. Słyszeli tylko własne, ciężkie oddechy i kapanie wody.
— Gdzie... gdzie on jest? – szepnęła Jasmin, wciąż trzymając się kurczowo koszuli Mateo.
Woda obok łodzi zawrzała. Coś olbrzymiego, ciemnego i lśniącego wypłynęło na powierzchnię, tuż obok nich. To nie był sum. To znaczy, był to sum, ale żaden, jakiego kiedykolwiek widzieli. Miał co najmniej piętnaście metrów długości. Jego skóra była blada, niemal przezroczysta, pokryta bliznami. Z olbrzymiego pyska zwisały wąsy grube jak liny cumownicze. Jego małe, czarne oko, pozbawione powiek, wpatrywało się w nich z zimną, pierwotną inteligencją.
Besnik zamarł, mamrocząc modlitwę. Potwór otworzył pysk, ukazując rzędy drobnych, ostrych zębów, i z potwornym sykiem uderzył głową w burtę.
— Dość tego! – Jack chwycił długi, żelazny bosak leżący na pokładzie. Gdy bestia uderzyła ponownie, wbił ostry hak w jej gumowatą skórę tuż obok oka. Potwór zaryczał – był to dźwięk rozdzieranego metalu – i szarpnął, próbując wyrwać bosak i wywrócić łódź.
— Mateo! Raca! Teraz! – krzyknął Jack, walcząc z ciężarem bestii.
Mateo, wciąż trzymając jedną ręką Jasmin, drugą sięgnął do zestawu ratunkowego łodzi. Wyrwał czerwoną racę sygnalizacyjną, zerwał zawleczkę i odpalił ją tuż przed pyskiem potwora. Ogłuszający syk i oślepiający, czerwony błysk magnezu uderzyły w bestię. Kallkane, oślepiony i zaskoczony, ryknął z bólu, puścił bosak i zanurkował, uderzając ogonem o powierzchnię wody. Fala, którą wywołał, niemal zalała łódź.
— Silnik! Besnik, ruszaj! – wrzasnął Jack.
Stary rybak ocknął się z transu. Silnik zaryczał. Łódź wystrzeliła do przodu, uciekając w ciemność, zostawiając za sobą tylko wrzącą, czerwoną od światła racy wodę.
Epilog w drodze do Tirany: Smak Strachu
Noc była ciemna jak wnętrze krypty, którą opuścili. Dwa vany, oddzielone od siebie o kilkadziesiąt metrów, torowały sobie drogę przez błoto i ciemność. Długa, ponad trzygodzinna droga powrotna z Koman do bazy w Tiranie ciągnęła się w nieskończoność. Ulewa wróciła, może nie tak gwałtowna jak wczoraj, ale równie uporczywa. Deszcz bębnił o dach vana, tworząc hipnotyczny, przygnębiający akompaniament do warkotu silnika walczącego z błotnistą autostradą.
Wnętrze pierwszego pojazdu było ciasne i przepełnione napięciem tak gęstym, że niemal fizycznym. Pachniało mokrą wełną koców termicznych, ozonem po burzy i stęchłym strachem. Nikt nie mówił. Wszyscy byli wyczerpani, przemoczeni, a w żyłach wciąż czuli resztki taniej raki i adrenaliny po ataku.
Z przodu panowała lodowata cisza. Jack prowadził, jego zaciśnięte na kierownicy knykcie lśniły blado w świetle deski rozdzielczej. Jego twarz była kamienna, a wzrok wbity w rozmytą przez deszcz drogę. Obok niego Emilia siedziała sztywno, jakby połknęła kij, owinięta srebrnym kocem termicznym, który szeleścił przy każdym ruchu. Patrzyła w ciemność za oknem, ale nie widziała gór. Widziała wodę. Widziała pysk bestii i zimne, lodowate oczy Jacka. Czuła na ramieniu palący ślad jego uścisku, gdy wyciągał ją z łodzi. I czuła palący wstyd.
Z tyłu, wciśnięta w kąt, siedziała Olivia Serrano. Nie spała. Emilia czuła jej obecność, jej spokojny, miarowy oddech, jej irytujący spokój. Czekała.
Gdy van gwałtownie zwolnił, wjeżdżając na obwodnicę Tirany, Olivia poruszyła się. Przysunęła się bliżej, aż jej kolano niemal dotknęło fotela Emilii. Jej głos był cichy jak szept, ledwo słyszalny ponad warkotem silnika i deszczem, przeznaczony tylko dla niej.
— Piękna robota z Techu wczoraj wieczorem, Królowo.
Emilia nie drgnęła. Wpatrywała się w krople deszczu spływające po szybie. — Nie wiem, o czym mówisz.
Czuła, jak Olivia uśmiecha się w ciemności. Jej głos był teraz jeszcze cichszy, lepki jak jad. — Oczywiście, że wiesz. Próbowałaś go użyć, żeby zwrócić uwagę Jacka. Zagaić o sprzęt, pokazać, że jesteś "mózgiem operacji", podczas gdy ja... "tylko" rozmawiałam z dowódcą. To było takie... tanie. I przezroczyste.
Emilia zacisnęła pięści na szeleszczącym kocu. Każde słowo było jak mała, zatruta igła. — To była merytoryczna rozmowa o...
— Ale potem na łodzi... – przerwała jej Olivia, a jej ton stracił całą drwinę, stając się klinicznie precyzyjny. – Twoja panika... to było autentyczne. Ten strach, gdy myślałaś, że utkniesz. To, jak straciłaś oddech. To było prawdziwe.
Emilia odwróciła gwałtownie głowę, gotowa syknąć, by się zamknęła. Ale Olivia pochyliła się jeszcze bliżej, jej perfumy – ambra i wanilia – były teraz duszące.
— I wiesz co? – szepnęła Hiszpanka, a jej oczy błyszczały w półmroku, zerkając na milczący kark Jacka. – Jemu się to podobało. Widziałam jego reakcję, gdy rzucił się, by cię chronić. Widziałam, jak walczył z tą bestią. On nie chce twojego intelektu, Emilio. Tego ma dość. On chce twojego strachu. Chce kogoś ratować. Chce być bohaterem dla kogoś, kto jest bezbronny. Twój umysł go odpycha. Ale twoja panika... to jest klucz.
* * *
W tym samym czasie, w drugim vanie, panowała zupełnie inna atmosfera. Mateo prowadził pewnie, jego dłonie spoczywały na kierownicy, trzymając bezpieczny dystans od świateł samochodu Jacka. Obok niego, na siedzeniu pasażera, spała Barbara. Jej głowa, owinięta w kaptur bluzy, opierała się o wibrującą szybę. Spała niespokojnie, jej oddech był płytki.
Na tylnym siedzeniu, zwinięta w kłębek, drgnęła Jasmin. Po szoku na łodzi i emocjonalnym wybuchu w pensjonacie, jej energia całkowicie wygasła. Była wyczerpana. Przesunęła się niespokojnie, szukając ciepła w zimnym vanie. Jej głowa, z wilgotnymi, platynowymi włosami, bezwiednie opadła na ramię kierowcy.
Mateo stężał. Czuł na skórze, przez materiał kurtki, jej ciepły oddech i lekki ciężar jej głowy. Każda jego komórka krzyczała, by ją odsunąć, by zachować dystans, by skupić się na drodze. Był spięty jak struna.
Ale tego nie zrobił. Tylko jego palce na kierownicy zacisnęły się mocniej. Zerknął na nią na ułamek sekundy. Wyglądała jak dziecko, bezbronna. Jego spojrzenie złagodniało. Ostrożnie, by jej nie obudzić, minimalnie poruszył ramieniem, by ułożyła się wygodniej. Patrzył prosto przed siebie w ciemność, udając, że nic się nie stało, podczas gdy całą swoją świadomość skupił na tym, by nie poruszyć tym ramieniem.
* * *
W pierwszym vanie Jack Keller zwolnił, wjeżdżając w oświetlone ulice Tirany. Zerknął w lusterko wsteczne, widząc tylko zarys dwóch kobiet w ciemności. Nic nie powiedział. Jego twarz była maską. Ale słyszał ten szept. Każde słowo, które Olivia skierowała do Emilii.
Emilia Navarro odwróciła się powoli z powrotem do okna. Patrzyła w swoje odbicie w mokrej od deszczu szybie. Widziała w niej swoje szeroko otwarte, ciemne oczy. W jej gardle narastała fala upokorzenia, tak silna, że niemal dławiła. Ale pod nią, głębiej, kiełkowało coś nowego. Coś zimnego i ostrego jak kawałek lodu. Furia. I nowa, straszna kalkulacja.
W tym samym momencie laptop Mateo w drugim vanie, zasilany z przetwornicy, piknął cicho. Bateria była na wyczerpaniu, ale program do odzyskiwania danych zdołał uratować ostatni kadr z utraconej kamery, tuż zanim uderzył potwór. Obraz był zniekształcony, ale wyraźny.
— Jack... tu Techu. – Głos Mateo w radiu był cichy i napięty. – Udało mi się odzyskać ostatni kadr z kamery nr 2. Tej, którą straciliśmy.
Jack wcisnął przycisk radia na kierownicy. — Mów.
— Na metalowej obręczy, która owijała zatopiony dzwon, jest symbol. Dwa węże splecione w taki sposób, że tworzą stylizowany most.
W vanie numer jeden zapadła cisza. Emilia gwałtownie odwróciła się od okna. W lusterku widziała, jak oczy Olivii otwierają się szeroko.
— Zrozumiano. – Głos Jacka był zimny jak lód. Skręcił w bramę ich bazy w Pazari i Ri. – Wróciliśmy. Zabezpieczcie dane. Barbara, jak tylko wstaniesz, chcę pełną analizę tego symbolu. Reszta... spać. Jutro rano o ósmej mamy pełną odprawę strategiczną. Musimy dowiedzieć się, co łączy Szkodrę z Rzeką Shala, zanim znowu ruszymy w te góry.