S01E01: Cień Rozafy – Mroczna legenda murów Szkodry
Czerń kawy była jedyną stałą rzeczą w chaosie poranka. Dr Emilia Navarro stała nieruchomo na balkonie hotelu w Szkodrze, zaciskając dłonie na ciepłej porcelanie. Filiżanka była ciężka, solidna, jej znajomy ciężar pomagał jej się zakotwiczyć. Chłodne, wilgotne powietrze znad Jeziora Szkoderskiego owiewało jej twarz, niosąc ze sobą złożoną mieszankę zapachów – słodkawą woń gnijących trzcin znad brzegów, ostry aromat palonego tytoniu z kawiarni na parterze i metaliczny posmak spalin z pierwszych porannych skuterów. Wzięła powolny, miarowy wdech, czując, jak opada napięcie z karku. Wypuściła powietrze w sposób, który ćwiczyła latami. To był jej rytuał. Kawa. Cisza. Odbudowa wewnętrznego muru.
Poniżej, na parkingu, nowy zespół A.E.G.I.S. – jej zespół – szykował się do pierwszej wspólnej misji. Użyła tego określenia w myślach z wahaniem. Na razie wyglądali bardziej jak grupa skłóconych studentów na wycieczce niż elitarna jednostka badawcza. Był to zbiór niestabilnych elementów, który ona miała scalić w precyzyjny mechanizm. Na razie jednak mechanizm zgrzytał.
Jej wzrok automatycznie przefiltrował otoczenie, skupiając się na źródle największego chaosu. Jasmin Bissett, ich "medium", wirowała między dwoma czarnymi vanami 4x4. Jej platynowe włosy powiewały, gdy z głośnym, perlistym śmiechem próbowała "odczytać aurę" jednego z pojazdów, przykładając dłonie do maski. Zachowywała się jak rozentuzjazmowany szczeniak. Pura energia bez żadnego ukierunkowania. Była jaskrawą, wibrującą plamą koloru w szarym poranku.
Mateo Moretti, ich specjalista techniczny, stał obok z założonymi rękami. Emilia widziała napięcie w linii jego ramion, widoczne nawet z trzeciego piętra. Próbował coś tłumaczyć, gestykulując w stronę swoich walizek ze sprzętem – drogocennych, wodoszczelnych skrzyń Peli, ułożonych w idealnym porządku obok vana. Wskazywał na zegarek, potem na walizki, ale Jasmin tylko machnęła na niego ręką i znów się roześmiała, odrzucając głowę do tyłu. Mateo przetarł twarz dłonią w geście ledwo skrywanej irytacji.
Emilia wzięła kolejny łyk gorzkiego płynu. Czuła znajome pulsowanie irytacji tuż za lewym okiem. Nawet nie zaczęliśmy, a Pixie już robi z tego cyrk. Jak mam utrzymać dyscyplinę naukową, gdy ona traktuje to jak wakacje? Keller patrzy. Muszę zadbać o wizerunek zespołu. O mój wizerunek.
Jej spojrzenie powędrowało w prawo. Jack Keller, ich nowy dowódca, stał oparty o drugi van, nieruchomy jak posąg. Nie patrzył na Jasmin. Patrzył na papierową mapę rozłożoną na masce, ale Emilia wiedziała, że rejestruje wszystko. Sposób, w jaki trzymał głowę, minimalny ruch jego oczu skanujących otoczenie, bez poruszania szyją – to był człowiek, który nigdy nie przestawał być na warcie. To ją jednocześnie irytowało i niepokojąco fascynowało.
Zacisnęła palce na filiżance, aż zbielały jej knykcie. To była jej szansa. Po Madrycie, po upokorzeniu w Cuenca... to była jej ostatnia szansa na odbudowanie reputacji. Nie mogła pozwolić, by zniszczyła to dziewczyna, która myli histerię z intuicją. Musiała mu zaimponować. Nie epatowaniem wiedzą. Spokojem. Opanowaniem. Tym, że jej umysł panuje nad sytuacją, nawet gdy inni tracą głowę.
Obok Jacka stała dr Serrano. Olivia. Oczywiście. Nawet teraz, o ósmej rano, wyglądała perfekcyjnie. Ciemne włosy spięte w ciasny, gładki kucyk, usta pociągnięte czerwoną szminką. Miała na sobie dopasowaną spódnicę i buty na obcasie, absurdalne na parkingu hotelowym, a jednak wyglądała, jakby to było jej naturalne środowisko. Powiedziała coś do Jacka, pochylając się lekko w jego stronę, a on ledwo zauważalnie skinął głową, nie odrywając wzroku od mapy. Emilia poczuła ukłucie zimnej zawiści, którego natychmiast się wyparła. To nie była zazdrość. To była ocena potencjalnego zagrożenia dla spójności zespołu.
Dopiła kawę. Ostry, kwaśny smak osiadł jej na języku. Postawiła filiżankę na balustradzie, idealnie pośrodku kamiennej płyty. Czas nałożyć pancerz. Wygładziła nieistniejące zagniecenie na mankiecie swojej idealnie białej koszuli. Palcami sprawdziła, czy jej ciasno spięty kok jest nienaruszony. Był. Jej twarz wygładziła się, przybierając maskę chłodnej, uprzejmej obojętności. "Królowa", jak ją nazywali. Westchnęła cicho. Czas rozpocząć misję.
Obróciła się i weszła do pokoju, zamykając za sobą ciężkie, szklane drzwi. Dźwięk chaosu z parkingu natychmiast ucichł, stłumiony przez podwójną szybę. Dokładnie tak, jak lubiła.
Odprawa w drodze do Szkodry: Wtorek, jak faceci nie umieją budować
Dwa czarne vany 4x4 przecięły poranny, chaotyczny ruch Szkodry, kierując się na południe, w stronę potężnego wzgórza twierdzy, które majaczyło na horyzoncie niczym skamieniały gigant. Logistyka podróży z Tirany przebiegła gładko, przynajmniej technicznie. Dwie godziny spędzone na analizie danych i napiętym milczeniu w pierwszym samochodzie, gdzie jechała ona, Jack i Olivia. Drugi van, z którego przez radioodbiornik co jakiś czas dobiegały ich stłumione wybuchy śmiechu Jasmin i głośna muzyka, wiózł resztę zespołu.
Teraz, na ostatnim etapie, byli już razem, w jednym pojeździe, mozolnie wspinającym się krętą drogą pod górę. Jack prowadził z oszczędną precyzją, jego dłonie spoczywały na kierownicy nieruchomo. Mateo siedział na miejscu pasażera, monitorując lokalne częstotliwości radiowe na tablecie, jego twarz była maską skupienia. Reszta tłoczyła się z tyłu, w atmosferze, którą można było kroić nożem. Emilia otworzyła swój tablet, gotowa rozpocząć formalną odprawę.
— Dobrze. Zamek Rozafa. Nasz cel – zaczęła swoim profesjonalnym kontraltem. Chłód i formalność w jej głosie natychmiast ucięły cichą rozmowę, którą Barbara próbowała prowadzić z Jasmin. – Kustosz, nasz świadek, zgłosił eskalację. To, co dotąd było pasywnym echem folklorystycznym, klasyfikowanym przez poprzednie zespoły badawcze jako "Echo Płaczu", stało się zjawiskiem kinetycznym i audytywnym. Mówiąc wprost: szepty stały się agresywne, a ciężkie drzwi w kazamatach samoczynnie się zatrzaskują.
— Czyli co, Mamuśka? – Głos Jasmin wciął się w precyzyjny wywód Emilii, ociekając sarkazmem. Platynowowłosa dziewczyna żuła gumę z otwartymi ustami. – Laska została wmurowana w ścianę, bo... faceci nie umieli budować? Brzmi jak typowy wtorek.
Barbara zachichotała nerwowo, ale natychmiast zakryła usta dłonią. Emilia zamknęła na chwilę oczy, licząc w myślach do trzech. Czuła na sobie spojrzenie Olivii Serrano, siedzącej obok. Czuła jej rozbawienie. Otworzyła oczy i spojrzała w lusterko wsteczne, napotykając miodowe tęczówki Jasmin. Jej spojrzenie było lodowate.
— Bissett, jeśli skończyłaś, chciałabym przejść do legendy, która jest kluczem do zrozumienia profilu psychologicznego tego echa. To nie jest "laska", to Rozafa, a jej ofiara jest fundamentem...
— Fundamentem jest też to, że w vanie śmierdzi wilgotnym psem – mruknęła Jasmin, odwracając wzrok w stronę okna, przez które widać było już mury zamku. – I nie mamy psa.
Emilia zacisnęła usta tak mocno, że poczuła ból w szczęce. Zrezygnowała z dalszej konfrontacji. Przegrana bitwa. Spojrzała na Jacka. Prowadził jedną ręką, jego twarz była bez wyrazu. Nie zareagował. Nie wsparł jej autorytetu. Ta obojętność bolała bardziej niż otwarta reprymenda. Zerknęła na Olivię. Hiszpanka uśmiechała się lekko, patrząc na krajobraz za oknem.
— Jak mówiłam – podjęła Emilia, jej głos był teraz jeszcze zimniejszy, bardziej metaliczny – wchodzimy do strefy aktywnej. Pełna rejestracja danych. Żadnych wycieczek. Zrozumiano, Bissett?
Jasmin tylko wzruszyła ramionami i głośniej trzasnęła gumą.
Pierwszy kontakt z Zamkiem Rozafa: Gdzie kamień oddycha mlekiem
Samochody zatrzymały się na małym parkingu u podnóża wzgórza. Dalej musieli iść pieszo. Wysiadając, Emilia od razu poczuła zmianę. Powietrze było ciężkie od wilgoci znad pobliskich rzek, Buna i Drin, a potężne mury twierdzy, majaczące nad nimi, zdawały się wyrastać wprost z szarej skały. Czekał tam na nich mężczyzna po czterdziestce, ubrany w elegancką lnianą koszulę, z uśmiechem, który wydawał się zbyt ciepły jak na ten pochmurny poranek.
— Doktor Navarro? Jack Keller? Witam w Szkodrze. Jestem Arben Leka. – Jego angielski był nienaganny, z lekkim, melodyjnym akcentem. Uścisnął dłoń Jacka mocno, po męsku, ale jego wzrok natychmiast spoczął na Emilii. Zatrzymał się na niej o ułamek sekundy za długo. – Ogromny zaszczyt poznać autorkę "Ech Strukturalnych". Pani analiza upadku kultury Vinča była... rewolucyjna.
Emilia poczuła lekkie zaskoczenie. Ktoś tu czytał jej prace. Nie tylko czytał – zrozumiał. Ktoś ją doceniał. Odwzajemniła uścisk dłoni, czując suchą, ciepłą skórę jego dłoni.
— Dziękuję, panie Leka. Miło spotkać kogoś, kto śledzi temat.
— Pan Leka jest naszym lokalnym łącznikiem. Historykiem i folklorystą – wtrącił chłodno Jack, przerywając moment. Jego głos był jak zgrzyt kamienia. – Panie Leka, poprowadzi nas pan do kustosza.
— Oczywiście, Szefie. – Arben uśmiechnął się do Jacka, ale jego oczy znów powędrowały do Emilii, gdy ruszyli brukowaną ścieżką w górę. – Proszę tędy. Zamek jest... kapryśny o tej porze dnia. Szczególnie dla pięknych kobiet.
Emilia poczuła, jak Jack lekko sztywnieje obok niej, ale zignorowała komplement. Szli po wyślizganych, nierównych kamieniach głównej bramy. Miejsce było przytłaczające. Czuć było nie tylko zapach mokrego wapienia i wszechobecnej, dzikiej szałwii rosnącej w szczelinach murów, ale też coś innego – metaliczny, słonawy odór, jakby echo dawno przelanej krwi i potu. Powietrze było gęste, ciężkie, niosło ze sobą tysiące lat historii, wojen i oblężeń. Każdy krok w górę zdawał się zwiększać ciśnienie w uszach.
Twierdza Rozafa nie była martwym muzeum. Była żywym organizmem śpiącym na skale. Jej mury, budowane warstwami przez Ilirów, Rzymian, Wenecjan i Turków, zdawały się obserwować. Z blanków roztaczał się widok tak strategiczny, że zapierał dech w piersiach – z jednej strony błękitna, niespokojna plama Jeziora Szkoderskiego, z drugiej srebrzyste wstęgi rzek Buna i Drin, wijące się ku morzu. Ale to nie widok przykuwał uwagę. To cisza. Nienaturalna, ciężka, wyczekująca cisza, w której brakowało nawet śpiewu ptaków.
Arben zatrzymał się przy jednym z wewnętrznych murów, tuż przy przejściu na drugi dziedziniec. Wskazał na wilgotną plamę na kamieniu, z której skapywała woda, mimo że nie padało.
— A to, doktor Navarro, jest serce legendy. – Podszedł bliżej, a Emilia ruszyła za nim, wyjmując notatnik. Jack i Olivia obserwowali ich z dystansu, Jack ze skrzyżowanymi ramionami, Olivia z lekkim, drwiącym uśmiechem. – Jak pani wie, legenda zamku Rozafa to klasyczny mit budowlany. Trzej bracia budowali zamek, który każdej nocy się rozpadał. Mury pękały, a kamienie osuwały się w dół. Wyrocznia orzekła, że mury będą stać tylko wtedy, gdy zamurują w nich żywcem jedną z ich żon – tę, która następnego dnia przyniesie im obiad.
Emilia skinęła głową, notując. Arben mówił bezpośrednio do niej, jego głos był teraz cichszy, bardziej intymny, jakby dzielił się sekretem, ignorując resztę zespołu.
- Legenda Zamku Rozafa jest jednym z najbardziej fundamentalnych mitów albańskiego folkloru, sięgającym korzeniami czasów przedosmańskich. Opowieść o ofierze Rozafy, najmłodszej z żon, która zgodziła się na zamurowanie pod warunkiem, że zostawią jej otwory na prawą pierś, prawą rękę i prawą nogę, by mogła karmić, głaskać i kołysać swojego nowonarodzonego syna, jest kwintesencją "besy" – przysięgi i poświęcenia. Przez stulecia z tego muru, w miejscu, gdzie rzekomo zamurowano jej pierś, sączyła się woda bogata w wapń, tworząc białe zacieki. Miejscowe kobiety przychodziły tu, by modlić się o płodność lub pokarm dla swoich dzieci. To echo jest potężne, doktor Navarro. To nie jest tylko opowieść. To pakt krwi i kamienia.
— Imponujące. – Emilia dotknęła palcem wilgotnego kamienia. Był zimny, ale pod palcami czuła dziwną, niemal organiczną wibrację. Jakby skała pulsowała. – A jednak kustosz twierdzi, że to echo stało się... mściwe.
— Tragedia ma to do siebie, że kwaśnieje z czasem – szepnął Arben, a jego oczy błysnęły dziwnym ogniem. – Chodźmy. Czeka na nas na trzecim dziedzińcu.
Ruszyli dalej. Z murów twierdzy roztaczał się oszałamiający widok na największe jezioro na Bałkanach. Nawet w ten pochmurny dzień, jego powierzchnia lśniła. Arben wskazał na horyzont, znów zwracając się do Emilii.
- Panorama z murów Zamku Rozafa jest jedną z najbardziej strategicznych w regionie. Obejmuje nie tylko całe miasto Szkodra, ale przede wszystkim rozległe tafle Jeziora Szkoderskiego, którego dwie trzecie należą do Czarnogóry, a jedna trzecia do Albanii. To historyczna granica cywilizacji, miejsce styku wpływów Wenecji, Imperium Osmańskiego i słowiańskiego interioru. Badając historię regionu, warto zauważyć, jak wpływy weneckich republik kupieckich ukształtowały obronność tej twierdzy, czyniąc ją kluczem do Adriatyku. Ta woda widziała więcej krwi niż jakakolwiek ziemia.
Analiza legendy Rozafy: Dotyk Klaustrofobii
Stary kustosz, siwy mężczyzna o trzęsących się dłoniach i zapadniętych policzkach, czekał na nich przy wejściu do małego, kamiennego budynku, który mieścił skromną ekspozycję muzealną. Pachniało w nim kurzem, wilgocią i strachem. Mężczyzna nerwowo obracał w palcach pęk kluczy, a jego oczy uciekały w stronę cieni w kątach pomieszczenia.
— Tak, tak, to ja dzwoniłem. Znowu się stało. – Jego głos był cichy, drżący. Powtórzył swoje zeznania, które Emilia zanotowała już wcześniej: płacz, który on i jego ojciec słyszeli od lat w murach, zamienił się w coś nowego. W szept. Gniewny szept. A trzy dni temu brama do dolnych kazamat zatrzasnęła się za grupą niemieckich turystów. Musieli czekać dwie godziny na ślusarza, który musiał rozwiercać stary zamek.
— Mówili, że czuli... dotyk. Jakby zimne palce na karkach. A ten szept... był wszędzie. – Kustosz przełknął ślinę.
— Pokaże nam pan to miejsce. – Stwierdził Jack, to nie było pytanie. Jego głos uciął panikę kustosza.
Mężczyzna wyraźnie pobladł, ale skinął głową, chwytając ciężką latarkę. Poprowadził ich na zewnątrz, w dół, do mniej uczęszczanej, nieodrestaurowanej części twierdzy. Zeszli po stromych, nierównych schodach, których krawędzie były wytarte przez stulecia. Powietrze stawało się coraz zimniejsze i gęstsze z każdym krokiem. Zatrzymali się przed murem, tym samym, który opisywał Arben. Był nienaturalnie gładki w jednym miejscu, bielszy od reszty kamieni, lśniący od wilgoci.
— To tutaj – szepnął kustosz, cofając się o krok. – Tu ją zamurowali. Stąd sączy się mleko.
Jasmin Bissett, która do tej pory trzymała się kurczowo ramienia Barbary, nagle podeszła do ściany, jak przyciągana magnesem. Jej twarz była blada, a oczy szeroko otwarte, pozbawione zwykłej wesołości. Wyglądała jak lunatyczka.
— Pixie, nie dotykaj... – zaczął Mateo, wyciągając rękę, ale było za późno.
Jasmin przycisnęła obie dłonie do wilgotnego kamienia. Jej ciało natychmiast wygięło się w łuk, jakby poraził ją prąd. Z jej ust wyrwał się zduszony, gardłowy okrzyk bólu, który przeszedł w długi jęk.
— Nie! Proszę, nie... ciemno... jest tak ciemno... nie mogę oddychać! Dziecko... on płacze! Moje dziecko! Puśćcie mnie! – Krzyczała, ale to nie był jej głos. Był wyższy, piskliwy, pełen desperackiej, zwierzęcej agonii. Waliła plecami o mur, próbując się uwolnić od niewidzialnych rąk.
Mateo rzucił się do niej, próbując ją odciągnąć. — Jasmin, uspokój się! To tylko echo! Słyszysz mnie?
Odepchnęła go z nieludzką siłą, uderzając plecami o przeciwległą ścianę. Upadła na kolana, łkając. W jej oczach nie było rozpoznania. Był tylko czysty, pierwotny terror. Arben Leka obserwował to z fascynacją, a na jego ustach błąkał się cień uśmiechu.
— Ona nie udaje – powiedziała cicho Olivia, obserwując scenę z klinicznym chłodem. Jej głos był pozbawiony emocji, jakby dyktowała notatkę. – To pełna dysocjacja empatyczna. Przejęła echo. Fascynujące. Reakcja somatyczna jest niemal podręcznikowa.
— Mateo, ustabilizuj ją! Daj jej coś! – warknął Jack. – Reszta, idziemy do kazamat. Teraz. Chcę to zobaczyć, póki jest aktywne.
Kazamaty Zamku Rozafa: Tam, gdzie kończy się światło
Kustosz, trzęsąc się tak, że klucze dzwoniły w jego dłoni, zaprowadził ich do ciężkiej, żelaznej bramy osadzonej głęboko w murze. Była pokryta rdzą i wilgocią. Za nią znajdowały się podziemia, które niegdyś służyły jako magazyny i więzienie.
— Sprzęt Mateo zawodzi. Czujniki sejsmiczne wariują od wilgoci i gęstości tych murów – mruknął Jack do Emilii, podczas gdy Mateo, zostawiwszy oszołomioną Jasmin pod opieką Barbary, rozstawiał statywy i sprawdzał okablowanie. – Chcę, żebyś tam weszła. Ty i Barbara. Weźcie rejestratory audio. Olivia... ty zostajesz ze mną. Chcę twojej oceny psychologicznej środowiska, jeśli coś się wydarzy.
Emilia poczuła ukłucie irytacji. Zostawia ją z Jasmin i sparaliżowaną ze strachu Barbarą? Z "dziećmi"? Ale skinęła głową. To był rozkaz. I test. Musiała wykonać zadanie.
— Mateo, działaj – rzucił Jack. Mateo uruchomił wysokoczułe rejestratory audio i podał dwa z nich Emilii. Drugi dał Jasmin, która dołączyła do nich, wciąż blada i roztrzęsiona, ale zdeterminowana.
— Złapię tego sukinsyna na taśmę – mruknęła, jej głos drżał. – Nikt nie będzie tak krzyczał. Nikt.
— Idziemy. Barbara, trzymaj się blisko mnie. Rób notatki z odczytów termometru – powiedziała Emilia, obejmując rolę dowódcy podgrupy. Włączyła latarkę czołową, a jej mocny snop światła przeciął mrok. Pierwsza przekroczyła próg.
Weszły w absolutną ciemność. Uderzył w nie chłód. Nie zwykły chłód piwnicy, ale chłód przenikliwy, martwy, jakby pochodził z wnętrza lodu. Powietrze było zatęchłe, pachniało stęchlizną, rozkładem i czymś niepokojąco słodkim, jak zepsute mleko. Kamienny korytarz opadał stromo w dół. Ich kroki odbijały się głuchym echem od niskiego sklepienia.
— Rozstawcie rejestratory w narożnikach – poleciła Emilia, starając się, by jej głos brzmiał pewnie. Czuła, jak narasta w niej pierwotny lęk przed zamkniętą przestrzenią. Nienawidziła tego. Przełknęła ślinę, czując suchość w ustach.
Barbara drżącymi dłońmi ustawiła swój sprzęt przy ścianie, jej latarka omiatała nerwowo podłogę. Jasmin stała na środku, obracając się powoli. Była nienaturalnie spokojna.
— Jest tu zimno. Tak bardzo zimno... – szepnęła. – Ona tu jest. Ona nas nienawidzi. Chce, żebyśmy poczuły... poczuły, jak to jest być ścianą.
— Cisza, Bissett. Potrzebujemy czystego nagrania – syknęła Emilia, klękając, by ustawić swój rejestrator. Jej palce zgrabiały z zimna. Czuła na karku czyjś wzrok.
I wtedy to się stało.
Konfrontacja w murach Rozafy: Furia lodu i kamienia
Nie było żadnego ostrzeżenia. Żadnego wiatru. Żadnego odgłosu kroków. Tylko ogłuszający, metaliczny huk, który wstrząsnął fundamentami zamku. DŹWIĘK. Przeraźliwy zgrzyt metalu o kamień, a potem głuche, ostateczne ŁUP! Jakby gilotyna spadła na świat.
Wszystkie trzy latarki zamigotały jednocześnie i zgasły. Nie jak wyczerpane baterie. Jakby ktoś je zdmuchnął. Zapadła absolutna, aksamitna ciemność. Ciemność tak gęsta, że zdawała się mieć fizyczny ciężar. Powietrze natychmiast zgęstniało, stając się lodowate, uniemożliwiając niemal oddech.
— Co to...? – szepnęła Barbara, a w jej głosie słychać było pękającą tamę paniki. Jej oddech zamienił się w krótki, świszczący skowyt.
— Brama! – krzyknęła Emilia, rzucając się z powrotem w stronę wejścia. Uderzyła w twardą, zimną powierzchnię. Żelazo. Brama była zamknięta. Zamurowane. Poczuła, jak jej serce podchodzi do gardła, a żołądek zaciska się w lodowaty węzeł. Oddech uwiązł jej w płucach. Klaustrofobia uderzyła ją z siłą fizycznego ciosu. Zaczęła się dusić.
A potem usłyszały szept. Nie był to już płacz. To był dźwięk tysiąca suchych liści trących o siebie, wściekły, nieludzki bełkot, który zdawał się dochodzić z każdego miejsca naraz. Z samych kamieni. I tuż przy jej uchu, zimny powiew, który pachniał zepsutym mlekiem, i jedno słowo: *Vetëm...* (Sama...).
Barbara krzyknęła, krótkim, zdławionym wrzaskiem. Jasmin zaczęła hiperwentylować, mamrocząc: — Nie, nie, nie, za dużo, za głośno, one tu są, setki, nie jedna...
Emilia waliła pięściami w bramę. Jej umysł krzyczał. — Jack! Mateo! Otwórzcie! Jesteśmy zamknięte! Słyszycie mnie?!
— Odsuńcie się od bramy! – Głos Jacka był stłumiony, ale przepełniony nagłą furią. Usłyszały metaliczny brzęk, jakby Mateo próbował wbić łom w szczelinę.
— Nic z tego, Szefie! Mechanizm jest zablokowany od środka! Coś go trzyma! To niemożliwe, rygiel jest po naszej stronie!
Szept w ciemności stał się głośniejszy, bardziej natarczywy. Emilia czuła, jak jej pancerz pęka. Oparła się o zimny mur, próbując zaczerpnąć tchu, ale jej płuca odmawiały posłuszeństwa. Panika. Zimna, paraliżująca panika. Traciła ją. Traciła wszystko.
— Ona chce nas tu zatrzymać... Ona chce nas zamurować... – jęknęła Jasmin, kuląc się na podłodze.
— JAAAACK! – Krzyk Jasmin był czystą, niefiltrowaną grozą.
Ten dźwięk był jak zapalnik. Na zewnątrz Olivia Serrano i Arben Leka obserwowali, jak Jack Keller, który do tej pory był definicją chłodu, zmienił się. Jego oczy pociemniały. Nie zastanawiał się. Nie wydawał rozkazów.
— Odsuń się, Techu – warknął.
— Szefie, nie siłą, mechanizm... – zaczął Mateo, wciąż szarpiąc za łom.
Jack odepchnął go na bok, jakby był dzieckiem. Wziął dwa kroki rozbiegu i uderzył barkiem w starożytną, żelazną bramę. Rozległ się huk stali, który odbił się echem od murów, ale brama ani drgnęła. Słyszał stłumiony płacz Barbary i krótki, zduszony okrzyk Emilii, walczącej o oddech.
Ryknął. To nie był ludzki dźwięk. To był ryk furii. Uderzył ponownie. I znowu. Metal jęknął. Przy czwartym uderzeniu coś pękło – nie zamek, ale starożytny kamień, w którym osadzona była rygiel. Brama wpadła do środka z ogłuszającym hukiem.
Jack wpadł do ciemności, potykając się o próg. Jego latarka omiatała pomieszczenie. Jasmin i Barbara kuliły się w kącie. Emilia stała oparta o ścianę, drżąc, z oczami szeroko otwartymi z przerażenia, niezdolna wydać dźwięku.
W ułamku sekundy znalazł się przy niej. Nie pytał. Nie oceniał. Złapał ją mocno za ramię, osłonił własnym ciałem i niemal siłą wypchnął z ciemności na światło dzienne. W tym samym momencie echo zniknęło. Lodowate powietrze wróciło do normalnej temperatury. Szepty ucichły, jakby ucięte nożem.
Mateo wbiegł za nim, łapiąc płaczącą Jasmin i sparaliżowaną Barbarę. — Wynośmy się. Wszyscy. Teraz!
Na zewnątrz Jack puścił Emilię. Dyszał ciężko, wściekły. Na siebie, za naruszenie protokołu. Na nią, za to, że go do tego sprowokowała. Emilia stała, owinięta kocem termicznym, który dał jej Mateo, drżąc w szoku. Czuła jeszcze na ramieniu palący ślad jego uścisku.
Olivia Serrano podeszła do niej powoli, jej głos był cichy i niebezpiecznie gładki. — Wszystko w porządku, Królowo? Strach to fascynująca reakcja. Czysta. Taka... demaskująca.
Emilia podniosła wzrok. Jej oczy były jeszcze ciemne od strachu, ale już wracał do nich lód. Zebrała się w sobie, prostując ramiona i zrzucając koc.
— Proszę notować, Doktor Serrano. Ja będę pisać raport.
Cienie nocy w Starym Mieście w Szkodrze: Potwór z wody
Wieczorna odprawa w hotelu w Szkodrze była napięta. Usiedli w małej sali konferencyjnej na zapleczu, która cuchnęła stęchlizną, starym tytoniem i kiepską kawą. Hotel znajdował się na skraju odrestaurowanej części miasta. Emilia, odzyskawszy pełen rynsztunek zewnętrznego opanowania, uruchomiła projektor, rzucając na ścianę plan miasta.
— Dobrze, podsumujmy. Działamy w terenie, więc nasza baza operacyjna jest tutaj – wskazała na hotel. – Znajdujemy się na skraju historycznego centrum, musimy zachować dyskrecję. Arben, jak wygląda sytuacja z lokalnymi?
Arben Leka, który dołączył do nich na wieczorną analizę, skinął głową z uznaniem. — Mądry wybór. Stare Miasto w Szkodrze, a właściwie jego serce, deptak Rruga Kole Idromeno, to centrum życia towarzyskiego. Zatrzymując się tutaj, jesteście badaczami, a nie intruzami.
Emilia spojrzała na niego wyczekująco. Arben zrozumiał. Odchrząknął i zwrócił się do całego zespołu, choć jego wzrok co chwilę wracał do Emilii.
- Proszę sobie wyobrazić, że to miejsce to żywa tkanka. Deptak Rruga Kole Idromeno, który widzicie za oknem, jest świadectwem odbudowy po latach komunizmu. Te pięknie odrestaurowane kamienice w pastelowych kolorach, z charakterystycznymi drewnianymi okiennicami, mieszczą teraz dziesiątki kawiarni i restauracji. To fasada. Ale wystarczy skręcić w boczną uliczkę, by zobaczyć stare mury, ślady po kulach. Kontrastuje to mocno z pobliskim Meczetem Ebu Beker, który dominuje nad okolicą, przypominając o wielokulturowej historii miasta. Dla turystów szukających szybkiego, ale intensywnego zanurzenia w albańskiej kulturze miejskiej, zaplanowanie krótkiego city break w Szkodrze jest doskonałym punktem wyjścia do eksploracji Północy.
— Dziękuję za kontekst, panie Leka – przerwał mu Jack. Jego głos był szorstki, wręcz niegrzeczny. Wciąż był wściekły po popołudniowych wydarzeniach. – Wróćmy do danych. Mateo?
Emilia zacisnęła zęby. Jack znów ją zignorował, zwracając się do Mateo. Przez chwilę patrzyła na niego, ale on nawet na nią nie spojrzał. Poczuła ukłucie upokorzenia. Była jego zastępcą, a on traktował ją jak... jak studentkę, która spanikowała. Ale pod upokorzeniem tliło się coś jeszcze. Coś ciepłego i niepokojącego.
Pękłam. Zawiodłam. Ale... on mnie złapał. Nie pytał. On mnie chronił. Czułam bicie jego serca przez materiał kurtki... był wściekły. Chronił mnie.
Otrząsnęła się z tej myśli. To było nieistotne.
— Sprzęt sejsmiczny zawiódł. Wilgoć – mruknął Mateo, wpatrując się w laptopa. Był sfrustrowany. Jego technologia, jego logika, przegrała z kupą mokrego kamienia. – Totalna klapa. Ale odzyskałem audio. Próbuję coś wyizolować z tego hałasu... z waszych krzyków i huku wyważanych drzwi.
Przez następną godzinę czyścił nagranie. W pokoju panowała cisza, przerywana only stukaniem klawiszy i szumem odfiltrowywanych częstotliwości. W końcu, filtrując ogłuszający huk wyważanych drzwi i krzyk Jasmin, uzyskał czystą pętlę szeptu tuż sprzed interwencji Jacka. Dźwięk był rytmiczny, powtarzający się.
— Barbaro. – Mateo odwrócił laptopa w stronę lingwistki. Barbara Ivanović, która do tej pory siedziała cicho, rysując coś nerwowo w notatniku, drgnęła. Podeszła bliżej. Mateo wcisnął "play".
W głośnikach rozległ się suchy, wściekły szept: *"...kallkane... kallkane... kallkane..."*
Barbara zamarła. Znała ten fonem. To nie był płacz Rozafy. To nie była prośba.
— Ona nie płacze... – szepnęła Barbara, a jej oczy rozszerzyły się ze zrozumieniem. Podniosła wzrok na Jacka. – Ona ostrzega. Mówi... *Kallkane*.
Arben Leka, który obserwował scenę z cichą intensywnością, uniósł brew. Jego twarz stężała na ułamek sekundy.
— Co to znaczy? – zapytał Jack.
Barbara przełknęła ślinę, patrząc na dowódcę. Mówiła cicho, ale wyraźnie. — To staroalbańskie określenie. Bardzo stare. Demon. *Kallkane*. Potwór z wody.
Mateo natychmiast przełączył okno na mapę regionu. Zamek Rozafa leżał u zbiegu rzek. Ale prowadziły one do znacznie większego, dzikiego zbiornika wodnego, który był tuż obok.
Jack podążył za jego wzrokiem. — Jezioro Koman.